Krok drugi: Poznań…

Równe tempo, „luźniejsza łydka na końcówce” (nareszcie), drugi półmaraton w ciągu tygodnia i… wynik 01:57:05… gorszy niż zakładany, choć minimum spełnione, czyli poniżej 2h… drugi krok do zdobycia bosej Korony Polskich Półmaratonów… z tego co się orientuję, jedyny bosonogi biegacz na starcie i mecie… czyli, 10.PKO Poznań Półmaraton…

Aktywna sobota…

Poranny spacer po okolicy, łączący przyjemne z pożytecznym, czyli rozmowa z rzadko widywanym kuzynem Łukaszem, poznanie „miasta”, a zarazem wyprowadzenie psa… czas szybko mija i pochłaniamy kolejny kilometr drogi… z premedytacją wyszedłem „rozprostować kości” po wczorajszej całodziennej podróży… miałem w głowie dwie myśli: albo mi to pomoże… stawy i mięśnie, złapią aktywny rytm… albo za bardzo je zmęczę i jutro „będę cierpiał”… zdecydowałem, iż więcej korzyści będzie jednak z ruchu niż z „leżakowania”…

… jeszcze jedne przedpołudniowy marsz po pakiet startowy… rozeznanie się „w terenie”… gdzie depozyt, start i oczywiście „przybytek Matki Natury”…

… popołudniu już chłodzenie zmęczonych stóp i odpoczynek, aby „nie przeholować”…

Do startu gotowi…

Zmiana czasu, która akurat przypadła na te noc, nie ułatwiła pobudki… jednak udało się stać o zaplanowanej porze… mała krzątanina, pyszne śniadanie (dziękuję Kasiu i Łukaszu) i w drogę… tramwaj dowiózł nas pod dworzec główny, a stamtąd już pieszo na teren Targów Poznańskich, które stanowiły przez weekend, między innymi, mekkę wielu biegaczy… kierunek sala z depozytem… zrzucenie nadmiaru ubrań (wszak w nocy był przymrozek)… decyzja, aby pobiec prawie „na krótko”… prawie, gdyż do pakietu: krótkie spodenki, koszulka z krótkim rękawkiem, dorzuciłem bluzę z długim rękawem (co z perspektywy czasu nie było konieczne)… pamiątkowe zdjęcie i stoję już w kolejce do… wspomnianego depozytu… ruch jak w ulu…

/fot. Łukasz Mrzygłód/

… krótka rozgrzewka… jeszcze szybkie spotkanie z „Matka Naturą” i powolny (ze względu na „przeludnienie”) marsz ku swojej strefie startowej… tam trochę pogaduszek z towarzyszami i nie wiadomo kiedy, przyszła pora na minięcie linii startu…

Lecim…

W tym tłumie i gwarze nie słyszałem odliczania naszej strefy startowej i niespodziewanie okazało się, iż nie zatrzymaliśmy się na linii startu, lecz płynnie przez nią przebiegliśmy… zaczęła się wielka niewiadoma… wszak mogłem się spodziewać co nieco, gdyż parę dni temu biegłem w Gdyni taki sam dystans… i własnie, paradoksalnie, z tej racji, nie mogłem przewidzieć, jak do końca zachowają się zmęczone stopy… czy na tyle zdążyły się zregenerować, aby bez problemu przebiec przeszło 21 km,czy może wręcz przeciwnie „zbuntują się” i zapewnią mi „wielkopostną drogę krzyżową” do mety…

… pierwsze metry i już niemiła niespodzianka… zator na trasie, który wybił mnie z rytmu… cóż, nikt nie twierdził, że zawsze na starcie „rozpraszanie się” biegaczy idzie gładko… nareszcie zrobiło się już szerzej i można było zacząć „robić swoje”… wymijanki, „dzięki” którym zapewne dorzuciłem sobie kilkadziesiąt metrów na trasie… słuchając organizmu szukałem odpowiadającego mu tempa biegu… byłem w żywiole… przede mną jeszcze wiele kilometrów przygody…

… w miarę równe tempo, które udawało mi się utrzymać, cieszyło mnie niezmiernie… chciałoby się, aby było mocniejsze, ale… żadne „ale”, było takie, jakie w tym momencie wydawało się racjonalne… ważna jest satysfakcja z realizowania swojej pasji, czyli innymi słowy uczucie bycia „w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze”… po drodze spotkałem się z wieloma gestami sympatii i uznania, po tym jak inni biegacze oraz kibice zwracali uwagę na to, iż biegnę boso… nie ukrywam, ze to „dodawało skrzydeł”… takie ludzkie „łechtanie próżności”… ale to w sumie szerszy temat, któremu może w przyszłości osobny post…

…wracając na trasę… jako, iż tym razem zapomniałem ze soba bukłaka z wodą (ostatnim razem był to zegarek: http://biegambo.pl/krok-pierwszy-gdynia/), biegłem cały czas z butelką w ręce, co zwalniało mnie trochę… dlaczego, więc z nią biegłem?… z tej racji, iż mam wyrobiony swój styl nawadniania organizmu i z reguły nie korzystam z punktów „żywieniowych” na trasie… czas mijał mi na szukaniu odpowiedniej trajektorii biegu, ze względu na popękany miejscami asfalt, koleiny i torowiska… co do pękającej drogi to z oczywistych względów musiałem uważać, by nie zranić stóp o wystające krawędzie oraz nie skręcić na nich mięśni stóp… koleiny?… starałem się tak bieg, aby dwie stopy były na jednym poziomie, tak aby nie przeciążać jednej nogi bardziej od drugiej… a torowiska?… ich przebiegniecie musiało komicznie wyglądać, gdyż musiałem przez nie przebiegać drobiąc krok, co mogło przypominać „chód gejszy”… piszę o tych sprawach, gdyż większość obutych biegaczy nawet nie zwraca na takie rzeczy uwagi, a pragnę w swoich relacjach ukazywać trasę z perspektywy bosego sportowca…

… znów uleciałem w dygresję… bieg jak bieg… i w tym biegłem w konwersacyjnym tempie, choć zmęczenie w paru momentach mocniej odczuwałem… od siódmego kilometra „czułem wewnętrzną część prawego kolana”… co mniemam było wynikiem słabej rozgrzewki (brak czasu) przed startem (mój błąd, który na szczęście został mi przez organizm wybaczony)… nie powtarzajcie tego błędu i rozgrzewajcie się dobrze… to, że tym razem nie miało to poważnych konsekwencji to po prostu „szczęście”, a lepiej planować, niż liczyć tylko na „szczęście”…

… w międzyczasie kilkakrotnie mijałem się z jedna z biegaczek, którą miałem okazję poznać w strefie startowej i prowadzić krótkie konwersacje już na trasie… jeśli Kasiu (KS Krotoszyn) to czytasz, to serdecznie Cię pozdrawiam… tak powstają biegowe znajomości (po biegu skontaktowaliśmy się ze sobą)… pierwsza „dyszka” minęła sprawnie i zaczynałem się zastanawiać na jaki wynik mogę liczyć… jako, iż Pacemakerzy z czasem 01:55 h jeszcze mnie nie wyprzedzili, pojawiła się myśl, iż jest dobrze i będę mógł powalczyć o bosą „życiówkę”, jak sobie zakładałem… czas zweryfikował te plany, gdyż zostałem dogoniony przez „chorągiewki”, choć wciąż o nią walczyłem… więcej o tym zdarzeniu piszę poniżej w akapicie „Przyczepię się”… biegnąc wciąż w równym tempie „marzyłem” o „luźnej łydce” pod koniec półmaratonu… i spełniłem swoje marzenie… czwartkowy trening przed zawodami, w którym pozwoliłem sobie na próbę mocniejszej końcówki, przyniósł wymierne korzyści, w postaci szybszego tempa na ostatnim kilometrze biegu… nareszcie… „luźniejsza łydka” i dzika satysfakcja z wyprzedzania innych biegaczy pod koniec półkrólewskiego dystansu… radość, iż dałem radę „dokręcić tempo” na końcówce… jestem dumny, iż dwukrotnie w ciągu tygodnia zrobiłem kolejny krok ku bosej Koronie Polskich Półmaratonów…

 Za metą…

Od razu przejście w głąb hali, aby nie torować mety dla wbiegających sportowców… podejście po medal i… jest!… nagroda za trud wisi na szyi… jeszcze ustawienie się w kolejce, aby „naładować akumulatory”… jabłko, pomarańcze, napój i czekolada… czuje jak organizm „pożera” kolejną porcję witamin…

… pierwsze powolne rozciąganie, pamiątkowe zdjęcie (dziękuję Jarku za przesłanie zdjęć) i można udać się do depozytu…

/fot. Jarek Borkowski/

… czas już nie miał znaczenia… nie spiesząc się i delektując radością z ukończonego biegu oraz smakołykami, w strefie „regeneracyjnej” spędziłem prawie godzinę… oczekujący na mnie Kasia i Łukasz, wykazali się zrozumieniem i cierpliwością… również i Wam dziękuję za okazaną pomoc… przebranie się w suche ubrania… posiłek regeneracyjny w postaci tradycyjnego makaronu, ukojenie pragnienia „napojem bogów” i już całą trójką wychodziliśmy z terenu Targów Poznańskich… co dobre szybko się kończy…

Akcja charytatywna…

Taki już jestem… jak mogę pomóc to pomagam… tak i tym razem nadarzyła się taka okazja…aby wspomóż zakup sprzętu medycznego dla 2-letniej Ani i 3-letniego Mateusza, wystarczyło przebiec półmaraton z przypiętą do koszulki kartką „biegnę dla Ani i Mateusza”… piszę, iż „wystarczyło”, gdyż oprócz zawieszenia kartki nie wymagało to od osoby wspierającej większego nakładu sił, tylko trochę kombinacji, w którym miejscu ją umieścić (wszak numer startowy był dużych rozmiarów i zajmował sporą część miejsca)… mimo, iż tak mało trzeba było zrobić, aby uszczęśliwić Dzieciaki tylko 2196 osób na 10391 kończących zawody to zrobiło… szkoda… choć dobrze, że choć tyle…

Przyczepię się…

Choć nie mam tendencji do marudzenia to w tej materii dorzucę od siebie „dwa grosze”. Co pozostawiło mały niesmak? Po pierwsze, zator na końcu pierwszej prostej, po starcie, przed zakrętem, gdzie trzeba było na chwilę przystanąć oraz Pacemakerzy, prowadzący biegaczy na „1:55 h”… dogonili mnie na 14 km… przez resztę dystansu miałem ich „w zasięgu wzroku”… doszedłem ich przed wbiegnięciem na halę, a czas miałem 01:57 h… dziwne?… smak rozgoryczenia na mecie pozostał… i tyle… napisałem co chciałem i nie będę tego roztrząsał więcej…

Potrzeba matką wynalazku…

W pakiecie startowym otrzymaliśmy chip, rejestrujący naszą pozycję i czas na punktach pomiarowych i mecie… co z nim trzeba zrobić?… biegający odpowiedzą: głupie pytanie – trzeba go przywiązać do buta za pomocą sznurowadła… jasne, prosta sprawa, jak się ma buty… ja ich nie posiadam podczas biegu… co, więc począć?… jak w śródtytule, potrzeba matką wynalazku… myślałem, aby znaleźć jakąś opaskę, do której będę mógł przyczepić chip… coś na wzór obciążników do kostek, tylko oczywiście bez obciążenia… coś co nie pozwoli chipowi na „skakanie”, które oprócz tego, że zapewne bardzo by mnie denerwowało to przede wszystkim obtarłoby mi kostkę i stopę i co za tym idzie sprawiłoby duży ból… i tu z dobrą myślą przyszła Żona… zobacz, gdzieś powinniśmy mieć frotki na rękę, może to Ci podejdzie – powiedziała… w sumie warto spróbować – odpowiedziałem… to był strzał w dziesiątkę… jedna odrzuciłem na początku, gdyż była zrobiona z czegoś na wzór polaru, czyli była za ciepła i trzymałaby pot na kostce, mogąc ją obetrzeć pod czas biegu… druga,to było to… wykonana z oddychającego materiału (tak przynajmniej wyglądała i dawała takie odczucie w dotyku), sprawiała wrażenie,iż będzie oddawać pot na zewnątrz… zobaczymy czy się sprawdzi… „po głowie chodziło mi pytanie”: czy odbiorniki organizatora „wyłapią” chip ukryty w frotce?… jak życie pokazało, sprawdziła się ona znakomicie… nic nie uwierało, nie obtarło mi nogi i… chip był ”wykrywalny”… mój czas został zarejestrowany… takie to oto „rozkminki” ma czasami bosonogi biegacz…

Po to tu przyjechałem…

By dobrze się bawić i realizować swoją wizję życia… by przesuwać swoje granice… by dążyć do zdobycia pierwszej bosej Korony Polskich Półmaratonów… czas wracać i przygotować się do kolejnego startu… do widzenia Poznaniu, choć raczej do zobaczenia, gdyż w październiku mam zamiar zmierzyć się z królewskim dystansem 42,195 km…

Czas spotkań…

Cały pobyt w Poznaniu obfitował w spotkania, także te niespodziewane… aby nikogo nie skrzywdzić podzielę się nimi w kolejności chronologicznej (wybaczcie, że tak punkt po punkcie)… zanim dojechałem do Poznania, w pociągu miałem przyjemność spotkać się i porozmawiać z Panem Zbigniewem Zamachowskim, który również podążał ku temu samemu miastu co ja, by tam zagrać, aż dwie sztuki teatralne…

… zaraz po skończonej podróży, z pociągu „odebrał” mnie kuzyn Kuba, choć nic wcześniej o tym nie wiedziałem, co było tym bardziej miłe… i jak w zegarku, po chwili, pod dworzec podjechał drugi kuzyn Łukasz (wielkie dzięki)… rodzinny krąg spotkań zamknęła żona kuzyna Kasia…

… sobotnia „wycieczka” po pakiet, połączyła się z rozmową w „cztery oczy” z Panem Jerzym Skarżyńskim, z którym w końcu miałem możliwość porozmawiać inaczej niż przez telefon…

/fot. Łukasz Mrzygłód/

… poza tym szereg anonimowych spotkań z biegaczkami i biegaczami oraz wspomnianymi w relacji osobami…

Dziękuję Wam…

Dziękuję Wam wszystkim, jeszcze raz serdecznie, za wsparcie… dziękuję i będę jeszcze wielokrotnie dziękował… i to z potrzeby serca, a nie z obowiązku… jesteście Wielcy… z szacunkiem, zwracam się, więc do: swojego Trenera Andrzeja Tokarza, czternastu Anonimowych Darczyńców, Anny, Beaty Bołoz, Maćka Cempy, Bosak-a Człowiek-aRenaty Jajdelskiej („Renta po 20-tym…”), Jarka, Krzysztofa Jankowskiego, Joanny Kiełbasy, Grzegorza Kotary, Pauliny Kostrzewy, małgorzaty Kuligowicz, Katarzyny Kulpy, Marcina Króla, Krzysztofa, kudliczki, Karoliny Listwan, maddalene, Natalii Majewskiej, Moniki Markiewicz, Jakuba Maśko, Kamili Mazur, Agnieszki Merklinger, Kingi Mężyk, Gosi Mróz, Małgorzaty Mróz, Szymona N, Sylwii Newell, Katarzyny Obrzut, Kazimierza Paduli, Małgorzaty Przybylskiej, mrolka, ShortyMon-a, Pawła Świerada, p.tabak-a, Kamila Trojana, Wojciecha Trojana, tusia.ns., Pawła Urygi, Moniki Wyszowskiej, Znajomej, Grzegorza Żelasko oraz Właścicieli Firm: „NEKROLOG & CIĄGŁO” Kompleksowe Usługi Pogrzebowe, „MAŚKO” Usługi dźwigami samojezdnymi, usługi transportowe, „1 XYZ” Mocna strona reklamy, Fundacji „FESTIWAL BIEGÓW”, NEXFIT Wellness Club„Twoja Marka” Projektowanie i produkcja odzieży.

przeczytaj także:

podziel się ze Znajomymi na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Twitter
  • Wykop

2 Trackbacks / Pingbacks

  1. Świątecznie i dla Tomka… – biegam, bo… – moja przygoda z bieganiem
  2. Na bosaka | Największa bezpłatna gazeta w Nowym Sączu i regionie: Dobry Tygodnik Sądecki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*